2026-11-03
Szósta. Minus dwa. Termos z czarną kawą jeszcze parzy w dłonie.
Trzydziestego października Polski Związek Hodowców Koni zadał pytanie, które w każdej polskiej stajni wraca co roku razem z pierwszym szronem: „Derkować, czy nie?”. Powód podał krótko. Jesienne ochłodzenie, opady, pierwsze przymrozki.
Więcej nie trzeba było. W listopadzie to nie jest pytanie z poradnika. To wypowiedzenie wojny.
Znam ten odruch, bo mam go sama. Wychodzisz rano, para leci z ust i zanim pomyślisz o koniu, myślisz o sobie. Tobie jest zimno. Więc koniowi też. Ręka sama idzie do derki przewieszonej przez drzwi boksu.
Po jednej stronie korytarza stoją naturaliści. Koń ma zimową sierść, mówią, ma ruch, siano i stado. Derka to człowiek, który nie umie znieść cudzego chłodu. Na wieszak z pięcioma derkami, przejściową, przeciwdeszczową, polarową, zimową i tą „na wszelki wypadek”, patrzą jak na szafę dziecka, którego nikt nigdy nie wypuścił na podwórko.
Ich najlepsza racja jest mocna i warto ją usłyszeć w całości. Koń, któremu pozwolono być koniem, nie potrzebuje zimą twojej troski. Potrzebuje twojego spokoju. Każda derka to decyzja podjęta za niego. On ją nosi przez całą noc. Ty widzisz ją przez dziesięć minut przy obrządku.
Po drugiej stronie stoją ci, którzy derkują. W ich stajniach słychać „misiu”, „skarbie”, „zmarzłaś, kochanie”. Łatwo się z nich śmiać. Za łatwo.
Bo ich racja też jest prawdziwa. Konie, z którymi żyjemy, nie biegają po stepie. To ostrzyżony koń sportowy po treningu. To dwudziestopięciolatek, który każdej zimy chudnie. To cienkoskóry folblut na padoku bez wiaty, w listopadowej ulewie. Dla nich derka to nie śpioszki. To kurtka robocza. I mają prawo zapytać naturalistę, czy on sam zimą pracuje w jednym swetrze, bo przecież człowiek kiedyś mieszkał w jaskini.
Ten spór w ogóle nie jest o derce. Jest o tym, czyj chłód liczymy.
Derkujemy, bo nam zimno. Derkujemy, bo sąsiadka z boksu obok derkuje. Derkujemy, bo koń kupiony za ciężkie pieniądze nie może zmarznąć, i już. A czasem nie derkujemy tylko dlatego, że nie chcemy być tą od „misiu”.
Derka grzeje przede wszystkim sumienie.
Złe pytanie brzmi: derkować czy nie. Dobre: dla kogo jest ta derka, dla tego konia czy dla mnie.
Stoję bliżej naturalistów i nie zamierzam tego ukrywać. Uczę jazdy w stylu western, myślę o koniu jak o koniu, a ludzie przy bramie biorą mnie za kobietę z lodu. Tylko że pamiętam pierwszą zimę Dżordża, mojego wałacha z Niemiec. Miał trzy derki, a ja dwa razy w nocy jeździłam do wynajętej stajni, żeby włożyć mu dłoń pod derkę na kłębie i sprawdzić, czy nie jest mu za gorąco.
O trzeciej w nocy, przy latarce, byłam najbardziej rozczuloną kobietą na Mazowszu. Nikt tego nie widział. Na szczęście.
Nie chodziło o Dżordża. Bałam się, że go stracę, a strach trzeba było gdzieś powiesić. Powiesiłam go na koniu, w trzech warstwach.
Więc zanim komuś zarzucę rozpieszczanie, przypominam sobie, kto jeździł nocą sprawdzać kłąb.
I to jedno powiem obu obozom bez ironii. Ta od „misiu” i ta od „koń to koń” wychodzą na ten sam mróz o tej samej szóstej rano. Obie stoją przy ogrodzeniu dłużej, niż trzeba. Obie patrzą, jak koń je, i dopiero wtedy idą do domu. Martwią się tak samo. Tylko w innych językach.
Napisz, jak jest u ciebie w te przymrozki: kto w twojej stajni pierwszy sięga po derkę i dlaczego.
Koń przy żłobie nie czyta tekstów o derkach. Je siano i czeka, aż przestaniemy się kłócić.