2026-11-03
200 milionów dolarów. Za tyle ktoś chce zaprojektować psa.
Nie wyhodować. Nie wychować. Zaprojektować.
Warhound, amerykański startup, chce użyć klonowania i inżynierii genetycznej, żeby stworzyć psy „zoptymalizowane” do pracy w wojsku i służbach porządkowych. Za projektem stoją Ben Lamm, miliarder i szef firmy biotechnologicznej Colossal Biosciences, oraz Palmer Luckey z Anduril Industries. Na start firma dostała 200 milionów dolarów (ok. 730 mln zł). Pierwsze sklonowane szczenięta mają przyjść na świat na początku 2027 roku.
Czyli za kilka miesięcy.
Przeczytałam to dwa razy. Za drugim razem zatrzymałam się na słowie „zoptymalizowane”. Tak się mówi o baterii w telefonie. Nie o psie, który ma wejść pierwszy do ciemnego budynku.
Klonowanie to kopia. Bierze się materiał genetyczny psa, który już istnieje, i powstaje jego genetyczny bliźniak, urodzony później, z innej matki. Nikt niczego w DNA nie zmienia. Zarodek nosi i rodzi suka-surogatka.
Inżynieria genetyczna to coś innego. Tu się DNA zmienia: dopisuje, wycina, poprawia. To już nie jest kopia najlepszego psa. To pies, jakiego natura sama by nie zrobiła.
Warhound zapowiada jedno i drugie. Pierwszy miot ma być sklonowany.
I jeszcze jedno, o czym miliarderzy od technologii lubią zapominać: klon ma te same geny, ale nie ma tego samego życia. Nie ma tego samego przewodnika, tej samej socjalizacji, tych samych tysięcy godzin treningu. Kto kiedykolwiek miał dwa psy z jednego miotu, wie, że rodzeństwo potrafi się różnić jak ogień i woda.
Bo nie chodzi tylko o szczeniaki. Chodzi o wszystko, czego w folderze inwestorskim nie widać.
Ile suk będzie nosić te zarodki? Ile ciąż się nie uda? Co się stanie ze szczeniakiem, który urodzi się „nieoptymalny”: za miękki, za wolny, za mało odważny do roboty, do której go zamówiono?
Nikt nie musi odpowiadać na te pytania głośno, dopóki pierwsze szczenięta się nie urodzą. A potem będzie już po fakcie.
PETA nie zostawiła na tym suchej nitki. Organizacja nazwała plan „zdumiewająco staroświeckim pomysłem” i wskazała, że służby przechodzą na sztuczną inteligencję i robotykę, które nie narażają psów.
Pomyśl przez chwilę. Startup za 200 milionów, z nazwiskami z pierwszych stron, chce być przyszłością. A obrońcy zwierząt odpowiadają mu: jesteście przeszłością. Stawiacie na psa w czasach, gdy można wysłać maszynę.
To boli bardziej niż „okrucieństwo”.
To jest obciach.
Psy służbowe pracują od dawna. Szukają materiałów wybuchowych, ludzi pod gruzami, zatrzymują uzbrojonych napastników. Ta robota nie zniknie jutro tylko dlatego, że ktoś napisał komunikat o robotach. Skoro pies i tak pójdzie pierwszy w ciemny korytarz, to czy nie powinien być najzdrowszym, najstabilniejszym, najlepiej przygotowanym psem, jakiego da się stworzyć?
A hodowla? Hodowla od zawsze jest projektowaniem. Każda rasa, którą kochamy, to setki lat decyzji człowieka: tego psa kryjemy, tamtego nie. Zwolennicy Warhound powiedzą, że oni robią to samo, tylko szybciej, uczciwiej i bez loterii. Bez psów, które odpadają po latach szkolenia, bo coś w nich „nie zaskoczyło”.
Ci ludzie nie uważają się za złych. Uważają, że jako pierwsi mówią na głos, co hodowla robi od pokoleń.
I tu zaczyna się prawdziwa kłótnia: gdzie kończy się hodowla, a zaczyna fabryka?
W tej sprawie są trzy obozy i żaden nie ustąpi.
Hodowcy i przewodnicy z krwi i kości: psa się hoduje i wychowuje, nie drukuje. Charakter to rodowód, praca i człowiek przy smyczy, a nie kod poprawiony w laboratorium.
Technooptymiści: to ewolucja na przyspieszeniu. Lepszy pies to mniej rannych psów i mniej rannych ludzi.
PETA i jej zwolennicy: żaden pies, ani klon, ani poprawiony, ani rodowodowy, nie powinien w ogóle stać na linii ognia. Od tego są maszyny.
Każdy z tych obozów uważa, że kocha psy najbardziej. I każdy ma na to dowód.
Pierwsze sklonowane szczenięta Warhound mają się urodzić na początku 2027 roku. Zanim nauczą się siadać na komendę, będą miały więcej wrogów niż niejeden przestępca, którego mają kiedyś zatrzymać.