2026-11-03
Nad prawą brwią mam bliznę. Rok 1994, łeb młodego konia kontra moja brew. Wygrał łeb.
Widzę ją co rano przy goleniu, od trzydziestu dwóch lat. Dlatego kiedy Mark Phillips, olimpijczyk ze złotem w WKKW, napisał w felietonie na zamknięcie sezonu zdanie, które powinno wisieć w każdej siodlarni, kiwnąłem głową tak szybko, że sam się przestraszyłem.
„Nie możemy sprawić, żeby sport konny był bezpieczny – zawsze jest możliwość, że coś pójdzie nie tak".
Znam ten odruch, bo to mój odruch. Pół stajni kiwnęło razem ze mną: no tak, koń to koń, wiadomo. Druga połowa poczuła, jak zaciskają się jej zęby, bo słyszała to zdanie za często i zawsze z tym samym wzruszeniem ramion.
Obie połowy mają rację, tylko jedna robi z tej racji wymówkę.
Phillips mówi prawdę. Koń najpierw ucieka, a potem myśli. Ma pół tony, refleks lepszy od mojego i własne zdanie o foliowej torbie w krzakach. Kto obiecuje, że przy takim partnerze nic się nie stanie, ten albo nigdy nie siedział w siodle, albo coś sprzedaje.
Tylko powiedzmy wreszcie na głos, co to jest to „coś". WKKW to jeździecki triathlon: ujeżdżenie, skoki i cross, czyli galop w terenie przez stałe przeszkody, pnie, stoły, rowy. Drąg na parkurze spada. Pień nie spada. Koń zahacza o niego przednimi nogami, przód staje, zad leci dalej i pół tony przewraca się przez łeb. Jeździec spada pierwszy. Koń spada za nim, czasem na niego.
Łamią się obojczyki, żebra, kręgosłupy. Czasem człowiek już nie wstaje. Czasem nie wstaje koń.
I właśnie po takim upadku zdanie Phillipsa dostaje w stajni drugie życie, krótsze i tańsze. Brzmi wtedy: „taki sport". No właśnie.
Nie znoszę tego wzruszenia ramion bardziej niż źle uwiązanego konia w ciężarówce, a to u mnie wysoko postawiona poprzeczka.
Niepisana zasada stajni mówi, że o ryzyku się nie gada, bo kto gada, ten się boi. Dlatego kask zakłada się „na zawody". Dlatego popręg dociąga się „zaraz". Dlatego o koniu, który trzeci raz w tym tygodniu poniósł, mówi się z dumą, że „ma temperament".
„Nie da się" to najwygodniejsze zdanie w stajni. Zwalnia z myślenia, z pracy i z odpowiedzialności, wszystko za jednym zamachem.
A najdroższe dwa słowa to „jakoś będzie". Płaci się za nie kośćmi, czasem życiem, i nie zawsze swoim.
Bo „taki sport" zawsze patrzy w złą stronę: na jeźdźca, na jego odwagę, na jego ambicję. A pierwsze pytanie przed każdym startem brzmi, czy koń jest gotowy na ten poziom, na tę halę, na tłok na rozprężalni, gdzie konie rozgrzewają się przed startem łeb przy ogonie. Nie czy ty jesteś gotowa. Czy on.
Tu się przyznam. W 1991 roku, w niemieckiej stajni, w której zaczynałem, główny jeździec prowadził zeszyt dla każdego młodego konia: czego się boi, co lubi, jak wchodzi do przyczepy. Uważałem, że się popisuje. W 1993 roku miałem już własny zeszyt. Rok później i tak dostałem łbem w brew.
Zeszyt nie zrobił z koni bezpiecznych zwierząt. Zrobił ze mnie kogoś, kto wie, na co patrzy. Prowadzę go do dziś, dla każdego konia, którego wiozę swoją ciężarówką.
I to jest cała moja odpowiedź na „taki sport". Kto wsiada, ten odpowiada. Kto stawia przeszkody, odpowiada razem z nim. Brak pewności nie zwalnia z dbania o konia. Jest powodem, żeby dbać bardziej.
Mówią mi, że to półśrodki. Że skoro sportu nie da się zrobić bezpiecznym, to trzeba go zmieniać tak długo, aż będzie, a tam, gdzie się nie da, przestać nazywać to pechem. Że koń nie wybierał tego sportu, więc to my mamy obowiązek szukać zera, nawet jeśli nigdy go nie znajdziemy. Że każdy kask i każda kamizelka, które dziś są oczywiste, były kiedyś czyimś „przesadzasz". I mają w tym sporo racji. Bez ludzi, którzy nie godzili się na „taki sport", jeździlibyśmy do dziś w kaszkietach, takich jak mój.
Ale obietnica zera jest groźniejsza niż uczciwe „zawsze coś może pójść nie tak", bo kto uwierzy, że jest bezpiecznie, przestaje patrzeć, a koń zauważy to szybciej niż ktokolwiek na trybunach.
Przed nami zima i hale. Ciasno, głośno, konie po długim sezonie. Najgorszy moment na „jakoś będzie".
Ryzyka w tym sporcie nie da się wyzerować, ale zawsze da się wskazać, kto miał patrzeć.