2026-11-03
Siedem. Tyle przypadków wścieklizny wykryto w Polsce w 2026 roku, podał Główny Inspektorat Weterynarii. Jeden z nich u kota.
Jeden kot. Jedna linijka w statystyce GIW. Wystarczyło, żeby w tysiącach mieszkań ktoś spojrzał na drzwi balkonowe inaczej niż wczoraj.
Bo wścieklizna to nie pchły i nie katar. To słowo, przy którym nikt nie żartuje.
Znasz ten moment. Czytasz „wścieklizna", czytasz „kot" w tym samym zdaniu i zanim dojdziesz do kropki, wzrok sam ucieka na parapet. Tam siedzi twój. Rudy, pręgowany albo czarny. Drapie w drzwi, bo na dworze właśnie zrobiło się ciekawie.
Siedem przypadków w całym kraju w tym roku. Jeden u kota.
Nie dziesiątki. Nie fala. Nie epidemia.
Ale jeden to nie zero. I głowa od razu dokłada swoje: gdzie to było, czy blisko mnie, czy ten kot wychodził na dwór, czy ktoś go zaszczepił, czy mój mógł go spotkać pod śmietnikiem?
Te pytania potrafią nie dać spać. I właśnie one odpalają najstarszą wojnę w kocim świecie.
Wychodzący czy domowy?
Obóz pierwszy: kot ma wychodzić. Kot to drapieżnik, nie bibelot na komodzie. Patroluje, poluje, obwąchuje każdy krzak i wraca z rzepami w futrze i miną zdobywcy. Ci właściciele nie są lekkomyślni. Po prostu nie chcą trzymać tygrysa w szklanej gablocie. Dla nich kot, który całe życie ogląda świat przez szybę, to kot, któremu odebrano połowę tego, kim jest. Odebrać zwierzęciu jego naturę to też krzywda, tylko cichsza.
Obóz drugi: kot zostaje w domu. Siatka na balkonie, drapak pod sufit, wędka z piórkiem, polowanie na myszkę z filcu o dziesiątej wieczorem. Oni nie odbierają kotu natury. Biorą na siebie robotę, żeby ją nakarmić w czterech ścianach. Każde wyjście na dwór to dla nich loteria: auto, pies sąsiada, trutka na działce, a teraz jeszcze ta jedna linijka w statystyce. Nie chcą grać w tę grę. Wolą codziennie słuchać pretensji pod drzwiami niż kiedyś szukać kota, który nie wrócił.
Obóz trzeci: szelki i smycz. Ich widać z daleka. Pani na osiedlowym trawniku, a przed nią kot w szelkach, który wącha liść z powagą sędziego. Sąsiedzi się śmieją. Oni mają to gdzieś. Świat tak, ale pod kontrolą: trawa, wiatr, zapachy, bez nocnych wypraw w nieznane i bez bójek z obcymi kotami za garażami. Dla jednych to cyrk. Dla nich to jedyny uczciwy kompromis między naturą a strachem.
Wszystkie trzy obozy mają jedną wspólną cechę. Kochają swoje koty tak samo mocno.
Różnią się tylko tym, czego boją się bardziej. Jedni boją się, że kot będzie nieszczęśliwy. Drudzy, że nie wróci. Trzeci, że będą musieli wybierać.
Nie kot ze statystyki. Nie właścicielka, która wypuszcza swojego na podwórko. Nie ta, która zamontowała siatkę na trzecim piętrze. Nie ta z kotem na smyczy.
Najgroźniejsze w tej historii jest wzruszenie ramion.
Każda kociara zna te teksty. To tylko kot. U nas na wsi zawsze latały i nic. Szczepienie? Po co, przecież nigdzie nie jeździ.
To jest postawa, która przegrywa z każdą statystyką. Nawet z taką, w której stoi jedynka.
Bo wzruszenie ramion nie ma obozu. Zdarza się wśród tych od wychodzenia i wśród tych od siatki. I zawsze brzmi pewnie, dopóki nic się nie stanie.
Nie panikować. Nie zamykać kota w łazience. Nie przewijać do drugiej w nocy forów, na których każdy kaszel to wyrok, a każdy kot sąsiada to potencjalny wróg.
Zadzwonić do swojego lekarza weterynarii. Zapytać o szczepienie przeciw wściekliźnie, zwłaszcza jeśli kot wychodzi na dwór. Wyjąć z szuflady książeczkę zdrowia i sprawdzić, kiedy był ostatni wpis.
Lekarz zna twojego kota i twoją okolicę. Komentarze w internecie nie znają ani jednego, ani drugiego.
I tak, kociara z obozu „tylko dom" też może zadać to pytanie. Koty uciekają. Siatki pękają. Drzwi zostają otwarte, kiedy kurier wnosi paczkę. Szelki potrafią się zsunąć w sekundę, gdy za płotem zaszczeka pies.
Wszystkie trzy obozy mogą się kłócić do upadłego o to, jak kot ma żyć. O jedno kłócić się nie warto: żeby był bezpieczny.
W statystyce GIW za 2026 rok jest siedem przypadków wścieklizny. Jeden z nich miał wąsy.