2026-11-03
W Zduńskiej Woli za psa wziętego w tym roku ze schroniska miasto odda do 1000 zł. Za kota do 700 zł.
„Becik-psiowe”, jak program nazywa się w mieście, ogłoszono wiosną, więc zegar tyka od miesięcy. A haczyk jest gruby: cała pula to 20 tysięcy złotych, czyli dwadzieścia pełnych zwrotów za psa. Termin na wnioski albo minął trzy dni temu, albo zostało do niego siedemnaście dni.
Zwrot za adopcję dzieli ludzi od schronisk na dwa obozy.
Miasto oddaje pieniądze wydane na zwierzę adoptowane ze schroniska. Na psa maksymalnie tysiąc złotych, na kota siedemset. To nie jest przelew na dzień dobry ani bon do sklepu. To refundacja: najpierw płacisz ty, potem płaci miasto.
Do wniosku trzeba dołączyć imienne rachunki lub faktury. Imienne, czyli z twoim nazwiskiem. W praktyce liczy się dokument wystawiony na ciebie, a nie wymięty świstek wygrzebany z dna worka po karmie.
Po co to miastu? Rozwiązanie ma zachęcać do adopcji i ograniczać wydatki samorządu na schronisko. Rachunek jest brutalnie prosty: pies na kanapie w bloku kosztuje miasto mniej niż pies w boksie.
Te pieniądze mają smycz. Przez 12 miesięcy zwierzęcia nie wolno sprzedać ani oddać bez zgody miasta, a jeśli będzie zaniedbane albo wróci do schroniska, zwrot trzeba oddać. Trzysta sześćdziesiąt pięć porannych spacerów, przez które ten pies jest twój bez żadnej furtki.
Tu zaczyna się bałagan, który może kogoś kosztować tysiąc złotych.
Urząd daje czas na wnioski do 20 listopada 2026 roku.
Tyle że w kwietniu, kiedy program startował, padła zupełnie inna granica: wnioski nie dłużej niż do 31 października 2026 roku.
Trzy dni po terminie albo siedemnaście dni przed. Dwie daty, jedno miasto, zero pewności.
Z perspektywy chodnika: program dla ludzi, którzy wyciągają zwierzęta z boksów, nie powinien wymagać od nich śledztwa w sprawie kalendarza.
Wyobraź sobie kobietę, która latem wzięła z boksu przestraszonego kundla. Kupiła smycz, miskę, legowisko, zapłaciła za pierwszą wizytę u weterynarza i grzecznie schowała imienne rachunki do szuflady. Zrobiła wszystko, czego chciało miasto. A teraz zostaje z dwiema datami i pulą wartą dwadzieścia pełnych zwrotów za psa na całe miasto. Czy zostało w niej jeszcze 1000 zł dla niej?
Kto w tym roku adoptował psa albo kota w Zduńskiej Woli, niech zadzwoni do urzędu miasta, zanim zacznie kserować rachunki. Dwa pytania: czy wnioski są jeszcze przyjmowane i czy w puli zostały pieniądze. Lepiej usłyszeć „tak” przez telefon niż „nie” przy okienku.
O ten tysiąc złotych ludzie od schronisk potrafią skoczyć sobie do gardeł.
Obóz pierwszy: wreszcie. Adopcja to nie koniec wydatków, tylko ich początek. Smycz, miska, legowisko, pierwsza wizyta u weterynarza, karma na pierwsze tygodnie, zanim w ogóle wiadomo, co ten pies chce jeść. Kto bierze zwierzę z boksu, odciąża miasto od pierwszego dnia, więc czemu ma za to płacić sam? Przy imiennych rachunkach nikt nie dostaje gotówki do ręki. Pieniądze idą dokładnie za tym, co kupiono dla zwierzęcia. To nie nagroda za adopcję. To zwrot dla kogoś, kto odrobił robotę za urząd.
Obóz drugi: pies to nie promocja z cashbackiem. Zwierzę ma trafić do domu, bo ktoś go chce, a nie dlatego, że urząd odda część wydatków. I ten obóz trzyma w ręku mocną kartę: samo miasto wpisało do zasad roczny zakaz oddawania i obowiązek zwrotu pieniędzy. Skoro taki bezpiecznik był potrzebny, to ktoś w urzędzie też wyobraził sobie człowieka, który przychodzi po psa dla pieniędzy. Dla tego obozu adopcja to decyzja serca, którą podejmuje się wtedy, gdy nikt niczego nie zwraca. I właśnie dlatego jest tyle warta.
Oba obozy chcą tego samego: pustych boksów i psów, które zostają w domach na zawsze. Kłócą się tylko o jedno: czy pieniądze pomagają podjąć dobrą decyzję, czy tylko ją przyspieszają.
Do 20 listopada zostało siedemnaście dni. O ile okienko nie zamknęło się w październiku.